Sznur letnich wspomnień

Polana, którą odwiedzaliśmy z synem regularnie przez całe lato, niespodziewanie postanowiła przekwitnąć. Okazało się zatem, że towarzystwo żółtych kwiatów zastąpiło nagle białe dziwactwo. To samo, które we wrześniu 2011 roku fotografowałam w War Memorial Parku w Coventry. Roślina, która pociągnęła za sobą sznur (nie tylko) letnich wspomnień…

20180913_075738.jpg

2011

IMG_20180912_163449_555.jpg2018

W pewnym sensie to porównanie oddaje sytuacje, w których byłam i jestem teraz. Rzeczywistość w odcieniach szarości reprezentuje niemal martwy punkt, w którym się wtedy znajdowałam, nie do końca zdając sobie z tego sprawę: niepewność, brak stabilności, brak marzeń (!), jeden cel: jakoś przetrwać i nie wracać do tego życia, które zostawiłam w Polsce. Obecnie życie ma o wiele więcej kolorów, zmieniła się zatem perspektywa. Żyję wolniej i w zgodzie z samą sobą. Dobrze mi z tym, co mam. Co nie zmienia faktu, że wciąż lubię czarnobiałe zdjęcia. Może jednak częściej pozwalam sobie doceniać barwy codzienności niż na siłę je z nich obdzierać. A może zwyczajnie zbyt długo tu mieszkam by nie doceniać słońca. Wróciłam niedawno do fotografii po bardzo długim czasie. Przemyślawszy sobie na spokojnie ilość wydarzeń przez te lata dochodzę do wniosku, że mogłabym nimi obdarować conajmniej kilka innych żywotów… To już chyba jednak „przywilej” osób, które żyją intensywnie. Oto zaś tegoroczny sznur letnich wspomnień:

IMG_20180810_173222_785.jpgIMG_20180820_130536_57120180913_08053120180901_151329.jpg20180913_080152.jpg20180913_080302.jpg20180803_143848.jpgIMG_20180902_134517_549.jpgIMG_20180808_174329_807.jpgIMG_20180808_173628_043.jpgIMG_20180804_210025_441.jpgIMG_20180806_142549_324.jpgIMG_20180804_205314_824.jpg

Reklamy

4 września (II)

IMG_20180821_163343_847Tego dnia, poraz pierwszy od lat, słońce postanowiło jeszcze nam  potowarzyszyć, choć chłodne jesienne powietrze wdzierało się już wieczorami do przytulnego zakątka pod numerem trzynaście. Otulając jeszcze przez moment ciepłem swych promieni oprowadziło nas po miejscach, w których trzeba było się zjawić, stanowiąc solidne oparcie i tak już dobrego samopoczucia. Nie potrafię smucić się w słoneczny dzień.

Tego dnia również poraz pierwszy od lat nie rozpaczałam, że rozpoczyna się rok szkolny, z radością zaprowadzając znudzonego życiem Młodocianego na kilka godzin do przedszkola. Z rozkoszą dałam się porwać znanej już rutynie, powitałam ją z uśmiechem. Tego dnia, zamiast nostalgii, powróciły wspomnienia, uśmiech i lekkość ducha. Minął rok, odkąd cegiełka po cegiełce zaczęliśmy odbudowywać gruzy mojej rzeczywistości. Rok, w którym wiele się wydarzyło, jeszcze więcej zakorzeniło i ostatecznie część spraw obrała pozytywny obrót.

Tego dnia refleksje nie chciały mnie opuścić, mając zaś nieoficjalny wgląd do obecnego biegu mojego dawnego życia nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ominęło mnie wiele złego. Dużo się nauczyłam przez ten czas, poraz kolejny już o sobie samej, o innych. Nabrałam jeszcze więcej dystansu do przemijających problemów. Tego dnia odkryłam, że tak naprawdę jest dobrze, choć nie zawsze jest idealnie. Tym dniem był czwarty września.

 

Lamb Karahi

Bardzo smaczne i proste w wykonaniu curry z jagnięciny.

20180830_144340.jpg

Potrzeba będzie: pół kg jagnięciny bez kości, dwa pomidory, cztery cebule, 6 ząbków czosnku i centymetr imbiru. Przyprawy: mielony kumin, kolendra, kurkuma, sól himalajska, garam masala i tandoori masala.

1. Smażymy pokrojone w kostkę cebule razem z startym czosnkiem i imbirem. Dodajemy pokrojone na ćwiartki pomidory i smażymy kilka minut.

2. Wrzucamy mięso, posypujemy łyżką soli, kolendry, kuminu i garam masali. Dodajemy pół łyżeczki kurkumy i dwie łyżki tandoori masali. Zalewamy wodą i gotujemy dolewając więcej w miarę potrzeb aż do miękkości mięsa. Danie jest gotowe kiedy cebule i pomidor rozpadną się w gęsty sos. Opcjonalnie można dorzucić zielone chilli (u mnie dwie małe).

Bridżet The Pani Domu. Wakacje

09:36

Odkryłam zagadkę spalonych placków paratha z zeszłego weekendu, naszego gościa głównego podczas śniadań. Odkryłam też, że można przypalić jeden placek i usmażyć na nim pozostałe sześć, jak i to, że nikt się nie zorientuje. Nieco później jednak mama oświeciła mnie, że taawa, płaska patelnia beztłuszczowa, przestała nagle działać, bo ją wyszorowałam i zdarłam. Chujowe Panie Domu powinno się wysyłać na jakieś kursy przedmałżeńskie co by im zaoszczędzić szoku. Postanowiłam jednak postawić na genialne rozwiązanie problemu: nowa taawa będzie koloru brązowego, jak nie zauważę, że jest niedomyta, to nie będzie mnie ciągnęło by ją zniszczyć. Ta srebrna doprowadzała mnie do szału. Czy mogę winić moją matkę, że o tym nie wiedziałam? Zawsze się ze mnie śmieje, a nie nauczyła mnie żadnej z tych oczywistości. Plus to kolejna tradycja, że o cokolwiek uczepi się mnie i siostry, odpowiadamy tak, że zdanie zaczyna się od „To przez ciebie mamo, bo…” i jeśli dobrze pamiętam, ostatnim razem kiedy użyłam tego zdania było bodajże przedwczoraj.

Może nie zauważy. Tak jak rodzinka placków usmażonych na węgielku, już nie srebrnej tawie. Damn it.

09.46

Wydaje mi się, że pogodziłam się z losem. Miałam Wam o tym napisać od dobrego tygodnia, ale tak się składa, że wena twórcza jest silniejsza kiedy mam powód do narzekania. Kiedy nie mam, treść wpisu stanowi trzy zdania i nic ciekawego. Jak dzisiaj. Oddałam dziecko na tydzień babci, nazwałyśmy to wakacjami na wsi. Poza drobiazgiem, że koń prawie odgryzł mu głowę w bitwie o czipsy na placu zabaw, a mój syn stawiał się w ich obronie zwierzęciu, którego sama głowa była większa niż on cały, mają się nieźle. Ja również. Nie pamiętam kiedy ostatnio leżałam w wannie jedząc śniadanie i nikt nie kopał mi w drzwi. Ani kiedy zdarzyło mi się być w łóżku po 7:30, nie wspominając o 10. Niech żyją wakacje, babcie zatrudniające wnuki do robótek w ogródku i angielskie konie atakujące przechodniów. Anglia ma problem. Toć siedzisz na placu zabaw i bydlak wyżera Ci zakupy.

09:57

Mieliśmy w tym roku lato stulecia naprawdę, wiem, choć nie czytam gazet od dawna.* 7 czy 8 tygodni upału. Nie dni, tygodni. W Anglii. Zżółknięte trawniki, zmarnowani ludzie, klimatyzacja wiatrakowa stosowana nawet nocą. Wszyscy wyjałowieni, bez energii. Dziś padał deszcz, mówię Wam, jaka ulga. Nie sądziłam że można za nim tęsknić.

*Dla niewtajemniczonych, od siedmiu lat czytam w gazetach o lecie stulecia i rekordowej temperaturze, mimo że lato równało się dotąd 4 (czterem!) dniom słońca. Wyjątkowo faktycznie mają o czym pisać.

Felietony: Kiedy stracisz kobietę

IMG_3156

———- Forwarded message ———-
From: Sadeem <sadeemka@gmail.com>
Date: Friday, July 27, 2018
Subject: Kiedy stracisz kobietę
To: Dawna ja, Ty, moja przyjaciółka, siostra, matka, kuzynka, ciotka, sąsiadka, znajoma, nieznajoma. Wiele kobiet a czasem i mężczyzn, o poświęceniu ponad miarę.

 

Z tym, że jej pierwsze małżeństwo poszło w zapomnienie, po tym jak obrało szalone tempo i jeszcze gorszy scenariusz, pogodziła się już dawno. Sama przecież wyrwała się z jego szponów, toksyczne związki miewają bowiem trujące zakończenia, a proces detoksu trwa o wiele dłużej niż potrafi boleć serce. Ono pokocha raz jeszcze i skupi się na cieple poczucia bezpieczeństwa, wtulone w czyjeś ramiona. Psychika jednak, raz podkopana, do końca życia będzie wdawała się we znaki. Przepłakała kilka miesięcy, po czym w przeciągu kilku kolejnych lat korzystała z swobody wolności, podróżowała, zawierała przyjaźnie, odkrywała nowe pasje i talenty, przeczytała sterty nowel i z czasem raz jeszcze podała sobie z życiem rękę na zgodę. Elif Shafak powiedziała jej, że „popełniła błąd milionów kobiet wierzących, że swoją miłością zmienią mężczyznę, którego kochają.”* Przyjęła wreszcie do wiadomości, że to niewykonalne. Obiecała sobie zapamiętać na przyszłość. Jeden z wykładowców dodał, że „misją w życiu nie jest to, by zmieniać ludzi, lecz by nauczyć się radzić sobie z nimi”**. Analizowała swoje błędy raz na jakiś czas wracając ukradkiem do tamtego życia, do fotografii, niewyraźnych wspomnień, tylko po to, by zadać sobie trochę bólu, rozdrapać rany. Przypomnieć, że już tego nie pragnie, że nigdy nie było dobrze tak naprawdę. Że teraz jest lepiej, inaczej, że poszła naprzód, a ramiona, w których ukryła strach przed samotnością, dały jej ciepło, o jakim nawet nie marzyła. Powoli odbudowywała zatracone zaufanie, zdeptane poczucie własnej wartości, upragnioną harmonię i spokój. Poradziła sobie, jak to kobieta, choć nie od razu. Wyszła z tego tylko silniejsza, jednak mniej ufna i o wiele ostrożniejsza.

Pięć lat później on wciąż żył wyidealizowanymi wspomnieniami, niedokonanymi planami, winiąc na przemian siebie i ją, wypisując do niej setki wiadomości bez odbioru, wierząc w głębi duszy, że tak naprawdę nie zmieniła numeru telefonu, zupełnie jak gdyby było to dla niej trudniejsze niż opuszczenie wspólnego domu marzeń. Błagał o jakikolwiek odzew, czasem winił ją za wszystko, czasem tłumaczył, jak to doskonale zrozumiał swoje błędy i jak je tym razem naprawi. Choć jedno zdanie z jej strony byłoby teraz w stanie odmienić całe jego obecne życie, milczała. Nie był już nawet pewien czy wciąż jest na terenie tego samego kontynentu. Nieugięcie wypisywał obietnice, bliższe prawdzie i szczerym zamiarom o wiele bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Tylko że tym razem było już za późno.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ona zrozumiała, że miłość skłonna nawet do największych z poświęceń nie ma żadnej mocy zmiany mężczyzny w kogoś innego niż nim on jest, życie próbowało nauczyć i jego pewnej prawdy, choć uparcie ją wypierał. Było nią zrozumienie, że kobieta dla dobra związku i rodziny zniesie bardzo wiele, setki razy wybaczy i zacznie od nowa. Ale kiedy przekroczysz granicę, a stanowi ją pierwszy litr krwi zranionego serca, wtedy ją stracisz. Kiedy zaś to nastąpi, za późno na jakiekolwiek obietnice. Kolejnej szansy nie będzie, zrobi dokładnie to, czego byłeś pewien, że nigdy nie nastąpi: zniknie na zawsze.

Uparcie walczył, by nie przyjąć do siebie, że ona już nie wróci. Zabrała dzieci, wspomnienia, szczęście całej rodziny i sens jego życia. Zostały mu tylko fotografie, które analizował dokładnie próbując przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. Lata ignorowania jej poświęcenia i uczuć doprowadziły do lekcji, której wolałby nie przeżyć na własnej skórze: nie trać kobiety, która kocha cię pomimo tego, że widziała twoje wady. Los nie daruje tego samego skarbu dwukrotnie, niezależnie od tego, jak bardzo wierzysz, że tym razem się postarasz.

 

*E.Shafak, „40 zasad miłości”

**Nouman Ali Khan, wykłady

Zapiekanka Pasterza (Shepherd’s Pie)

IMG_3138

Angielska zapiekanka z mięsem mielonym, warzywami i ziemniakami.

Do wykonania dania potrzeba pół kilo mielonej jagnięciny, jedną cebulę pokrojoną w drobną kostkę,   marchewkę z groszkiem, ulubione przyprawy do mięsa mielonego, odrobina mąki i dwie łyżki przecieru pomidorowego. Smażymy wszystko razem do uzyskania gęstego sosu.

Na puree ziemniaczane zużyjemy 6 ziemniaków, jajko, sól, pieprz, masło wedle uznania i 100g startego sera.

W naczyniu żaroodpornym układamy równą warstę mięsa z warzywami, co przykrywamy równą warstwą puree z ziemniaków. Pieczemy w 200C około 25 minut, aż do lekkiego zbrązowania ziemniaków.

Smacznego 🙂

Jak śmiem?!

Przewijałam sobie swój własny profil na fejsbuku w poszukiwaniu czegoś, czego i tak nie znalazłam. Niemniej moją uwagę przyciagnął wpis datowany 1 stycznia 2016, a pod filmikiem kampanii promującej przeciętność muzułmanów napisałam komentarz, który nasunął mi dziś parę przemyśleń.

Brzmiał on: Jestem muzułmanką, ale jestem też normalną osobą. No dobra, może nie normalną, bo nierówno pod sufitem było zawsze… ale po prostu osobą. Muzułmanie to nie tylko uchodźcy, terroryści i nawiedzeni klerzy. To też zwykli ludzie, przede wszystkim zwykli ludzie.

Dlaczego piszę o tym teraz? Bo dopiero od niedawna mój blog stał się na tyle osobisty, że odważyłam się mówić z dumą o tym jak żyję, co robię i jakich dokonuję wyborów. Nie zważając, że nie podoba się to większości ludzi. Mój mąż usłyszał ostatnio w pracy, że jego żonie i jej podobnym musi być ciężko z faktem, że cała Polska jest przeciwko nim. Odpowiedziałam, że mi to zwisa, bo żyję sobie w kraju gdzie mogę robić co mi się podoba, współczując jednak kobietom, które wybrały islam i w tej Polsce pozostały. Niemniej, dało mi to do myślenia. Bo że byli znajomi i część rodziny nie chce mieć z tej okazji ze mną nic do czynienia, to już wiem. To, czego nie wiem, to dlaczego. Kto daje innym prawo wytyczać mi normy podejmowania decyzji dotyczących mojego życia, w przeciwnym razie nie chcą mnie znać? Wiem, co sobie myślą. „Popierdzieliło ją”, „wyprano jej mózg”, „zmarnowała sobie życie.” Miewam się dobrze i szczęśliwie, niemniej nagle okazuje się, że poraz kolejny wlicza się mnie do jakiegoś rodzaju gorszego sortu ludzi (jak gdyby pochodzenie nie wystarczyło 😉 ). Co ciekawe, ja sama rozmawiałabym z tymi ludźmi niezależnie od tego, czy zmienili orientację seksualną, poglądy, sposób życia. Bo co mi do tego kto co robi z swoim życiem? No ale jak widać, moje życie jest własnością publiczną całego narodu. I choć strata takich ludzi to raczej żadna strata, są tacy, takie, których to boli. Bo muszą chcąc czy nie odciąć się od całego dotychczasowego życia, na które nagle przestają zasługiwać.

Problem polega na tym, że panuje histeria narodowa. Dorośli i inteligentni ludzie dali sobie wmówić, że muzułmanin to najeźdźca pragnący przejąć świat i poodcinać wszystkim głowy. Więc patrząc na to z tej strony, nie dziwne, że ludzie świrują. Niestety, większość z nich nie zna ani jednego muzułmanina dobrze osobiście, albo poznała a i tak kracze jak pozostali. Znam ludzi, którzy spędzili czas z niezbyt przykładnymi okazami imprezujących muzułmanów, po czym wrócili do Polski głosząc, jak straszni oni są i jak bardzo nie chcą ich w swoim kraju. Chwileczkę… Nie radykalizowali, ugościli jak swoich, nie odcinali głów za nie przechodzenie na ich wiarę, nic nie narzucali… I dalej be? Czym tłumaczymy takie sytuacje, kiedy klasyczne już argumenty podbijania świata zawodzą? Nie przychodzi mi na myśl nic innego niż zazdrość, a ta może dotyczyć wszyściuteńkiego, nie będziemy się zatem zagłębiać.

Jestem muzułmanką i jajeczko światu do tego. Nie jestem nią, bo mąż mi kazał, mój były mąż wolałby nie mieć z islamem nic wspólnego, gdyby go przy narodzinach zapytano o zdanie. Nie należę do żadnej sekretnej sekty, nie planuję podbicia świata, wybuchu bomby, przymuszania innych do zakładania burek ani przejmowania żadnego z państw. Ani ja, ani setki muzułmanów, których poznałam, miliony, które mieszkają w Anglii. To są ludzie żyjący swoim życiem jak wszyscy inni, problemami rodzinnymi, pracą, karierą, podróżami. I nawet jeśli religia ma spory wpływ na ich codzienne życie, co zdaje się być tu największym problemem, nie jest to powód do tworzenia psychozy narodowej. Jedni ludzie żyją chwilą, inni sławą i popularnością, jedni nie wierzą w nic, inni wierzą w Boga. Czy to czy ktoś w coś wierzy lub nie definiuje go jako człowieka? Niekoniecznie. W praktykujących rodzinach poznałam tyle samo osób z różnego rodzaju charakterami i problemami ile w rodzinach, w których religia to bajki pradziadków. Każdy człowiek to przede wszystkim człowiek, później wyznawca albo i nie. Nie dajcie sobie, Drodzy Polacy, wcisnąć medialnego kitu i propagandy. Nawet jeśli ktoś jest tym strasznym muzułmaninem, it’s not a big deal. Jedynie jego problem, że utrudnia sobie życie, po co, on sam wie najlepiej. Nic pozatym.