Spacery po jerozolimskim bruku

20190113_085028.jpg

Jeśli Ty również należysz do tych osób, które przykładają dłoń do mokrego bruku, by poczuć jak bije serce miasta… Biegasz po nim z aparatem próbując uchwycić choć odrobinkę jego duszy, by móc w kieszeniach przemycić trochę na później i wracać do słodkich wspomnień przy długich zimowych wieczorach… I wreszcie; jeśli Ty też zostawiasz w każdym z tych miejsc cząstkę siebie, by wracać w tych samotnych momentach kiedy zamkniesz oczy na dłużej, odświeżając odczucia, zapachy i widoki tak intensywnie, że niemal jesteś w stanie uwierzyć w teleportację…

Jeśli choć raz zakochałeś się w deszczowym Amsterdamie czy innym Paryżu nocną porą, koniecznie musisz odwiedzić Jerozolimę. Al Quds, jak zwą ją Arabowie, to więcej, niż kiedykolwiek udało Ci się przeżyć. To miasto, które porywa Cię w podróż w czasie, duchowość zaś jest niemal namacalna, niezależnie od tego, w co akurat nie wierzysz. Ten klimat, ci ludzie, te zapachy, to niebo i to miasto; oto sen, z którego nie chcę się wybudzić. Sznur  przepięknych wspomnień, szczerych serc i ciepłych dusz. Łańcuch uśmiechów, uścisków, gratulacji i podziękowań. Zapięcie z wspólnych posiłków, a karmiono nas niemal wszędzie, gdzie się pojawiliśmy. Nigdzie przedtem nie otrzymałam tyle miłości i modlitw od przechodniów, nigdzie przedtem nowopoznani ludzie nie nalegali, by przyjść na obiad do ich domu, nigdzie przedtem świeże daktyle i kolejne kubki zielonej herbaty nie pojawiały się przedemną zupełnie znikąd. Stare Miasto od setek lat takie samo, brzęczące gwarem tłocznego bazaru za dnia, zimne i puste późną porą. Raj na ziemi dla miłośników hummusu, hałwy i nugatu. Krajobrazy Jerozolimy wachają się od gęstozaludnionych okolic, po soczyście zielone wzgórza i tereny niemal pustynne, stepy i beduińskie baraki. To jedyne w swoim rodzaju miejsce na Ziemi i tłumy z wszystkich zakątków świata nie dziwią mnie wcale; każde z nas życzyło sobie przed wyjazdem, by choć na moment wrócić jeszcze kiedyś do szlachetnego Al Quds.

img_20190109_151101_028img_20190112_111243_582img_20190111_134351_932img_20190110_152121_21520190107_10304520190106_04321120190106_15362420190110_15102520190104_16465320190103_19200320190106_16314120190103_163705IMG_20190112_112800_033.jpg

Reklamy

Muzułmanka w podróży: przystanek Palestyna

20190102_183331.jpg31 grudnia, godzina 16:56. Babcia przysłała mi życzenia noworoczne. Miałam ochotę odesłać jej selfie z mini aresztu w kąciku karnym w dziale imigracji lotniska w Tel Aviv, ale się powstrzymałam. To, że nam towarzyszył doskonały humor, pomimo usilnych prób zastraszenia nas, nie znaczy, że biedna babcia nie zeszłaby na zawał. Odpisałam „nawzajem” i wróciłam do siódmego podejścia zjedzenia kanapki, na czterogodzinnym przesłuchaniu na raty, podczas którego okazało się, że zmiana religii to zbrodnia, z której trzeba się grubo tłumaczyć. Ostatecznie zagadałam gościa na śmierć, dwie godziny słuchał dlaczego wolę islam od chrześcijaństwa (sam się głupio pytał pięć razy, choć myślę teraz, że jego angielski był po prostu kiepski) oraz że jak przeczyta Koran to zrozumie i sam zmieni religię. Z agresywnie nastawionego urzędnika, który to przywitał mnie tekstem „jak będziesz współpracowała, to obędzie się bez powikłań”, po 4 wspólnych godzinach z przejęciem pytał, czy rodzina na mnie krzyczy, czy mama lubi mojego męża oraz gdzie się tak ładnie nauczyłam języka angielskiego. Przy okazji powiedział mi, że mój mąż to dobry mąż (do teraz nie wiem kto i kiedy go tak zbajerował?) i ogółem to chłop chyba przeżywał „czas swojego życia” (time of his life po polskiemu?), chichrał się niczym nastolatka. Nie taki wilk straszny na jakiego sam się maluje, a może spodziewał się wystraszonej muzułmanki bez głosu, za którą wypowiada się mąż. Nie jestem pewna, ale jeśli tak, to źle trafił, gębę to ja mam większą niż całe jego państwo. Z perspektywy spędzonego tam czasu wydaje mi się, że paranoja narodowa Izraelitów kierowana myślą przewodnią „każdy muzułmanin przyszedł tu by cię zabić” jest nie tylko wyolbrzymionym zbiorem stereotypów. Podłoże tego problemu to też coś na zasadzie ‚ten, kto ma za uszami, nie sypia spokojnie’. Ale. Nie generalizujmy. Dlatego też użyłam zwrotu Izraelita, nie Żyd. I nawet nie mam na myśli typowego przechodnia-mieszkańca tzw Izraela; ci ortodoksyjni nawet nie podniosą wzroku albo wręcz przeciwnie, żartują i zagadują, bywają bardzo mili. Ci poza Jerozolimą boją się, bo im kazano, albo są neutralni, są poza całą tą sytuacją. Piszę o tym, bo w Polsce od dawien dawna panuje nagonka na wyznawców judaizmu, a ostatnia rzecz do której chciałabym się przyczynić, to nasilanie jakichkolwiek stereotypów. Nie ma czegoś takiego jak „każdy Żyd jest taki i taki”, tak jak i nie da się grupowo określić wyznawców żadnego wyznania ani nawet mieszkańców żadnego państwa. Pomimo tego, że targały mną przykre emocje wobec ogromnej niesprawiedliwości jaką przyszło mi obserwować, nie obwiniam za to wszystkich przedstawicieli tzw Izraela. Wielu z nich ma na sytuację taki wpływ, jaki ja na durnotę pani May. Bywają poza tym, jak wielu ludzi w wielu miejscach świata. W Jerozolimie jednak istnieje inny świat, nie ma strefy ‚poza tym’. W Jerusalem panuje cicha wojna. Nikt o niej nie mówi głośno, wszyscy biorą w niej udział. Nawet tylko turyści i tylko dlatego, że ich religia to islam.

Wstęp do starego miasta rozpoczyna się dla nas od Bramy Damasceńskiej. Po szoku zafundowanym nam na lotnisku, następuje kolejne zderzenie i dostosowanie się do okupowanej rzeczywistości. Niech wyjaśnię jednak jeszcze to lotniskowe zderzenie z ziemią: od lat mieszkańcy Anglii, jesteśmy trochę rozpieszczeni. Wydaje nam się, że można być, kim się chce, gdziekolwiek, i ma się do tego prawo. Nie w okupowanej Palestynie. Muszę przyznać, że choć potraktowaliśmy to jako rozrywkę i adekwatne do miłości do muzułmanów przywitanie, na dłuższą metę było to upokarzające. Wszyscy nowoprzybyli łypali na nas spod byka, myśląc, że zapewne znaleźli w naszych bagażach broń lub bomby. Cała grupa zatrzymanych, co do osoby, to wyselekcjonowani z tłumu muzułmanie. Wyznawca islamu? Na bok, tłumaczyć się. Dwóch studentów pochodzenia afrykańskiego protestowało. „Nie jestem muzułmaninem, oddaj mój paszport! Za co zostałem zatrzymany?!” „Masz brodę, wyglądasz jak moslem. Siedź i czekaj na swoją kolej” – pokiwał mu pogardliwie palcem pod nosem urzędnik i było po rozmowie. Arogancja jest u nich widoczna z kilometra. U urzędników. Ale armia czy też uzbrojona w karabiny maszynowe policja… To dopiero banda chamskich pajacyków. Arogancja to słowo-komplement w ich przypadku. Nacjonaliści. Coś na zasadzie naszych łysych pseudopatriotów. Tylko że uzbrojeni od stóp po szyje. Wracając do naszej Bramy Damasceńskiej…

20190102_183504.jpg

Po prawej widać budkę, w której przez większość dnia urzęduje armia. Z 300 metrów wstecz, przy głównej ulicy, są jeszcze dwie takie.

20190111_143736.jpg

W drodze do meczetu al Aqsa, głównego powodu pobytu w Jerozolimie dla większości muzułmanów, stancji z około pięcioma żołnierzami w każdej, jest jeszcze ze trzy. Przed samym wejściem na teren meczetu kolejna, najczęściej to tam dręczy się muzułmanów. „Po co idziesz? Gdzie twój paszport? Skąd jesteś?” Paszport z wizą należy mieć przy sobie cały czas, inaczej można spędzić sporą część pobytu w areszcie. „Z Anglii? Witamy w Izraelu, enjoy” rzuca paszportem i tym zdaniem, z naciskiem na słowo Izrael. Najbardziej popisują się w piątki, obładowani gazem łzawiącym, z karabinami, maszerując między ludźmi spieszącymi na modlitwę piątkową. Aresztują kogo im się żywnie podoba. Czasem strzelają. Sklepikarz pokazuje nam 4 dziury po kulach w nodze. „Powiedzieli że to przez przypadek. Odszkodowania nie dostałem bo nie jestem Żydem.” Rzeczywistość wojenna jest zimna i trudna do zaakceptowania. W końcu nie na codzień ogląda się maszerujących między turystami uzbrojonych żołnierzy. Tutaj są częścią krajobrazu. „Jehud zabili mojego męża, brata, dwóch bratanków. Od pokoleń bronimy terenu meczetu i zajmujemy się nim. Mojego ojca zamknęli za upór na 100 lat, zmarł po 20. Alhamdullilah, jestem szczęśliwa że mogę tu być i bronić meczetu do samego końca. Cała moja rodzina mieszka w Jerozolimie, moi synowie, ich żony, dzieci, rodzina męża. Nie opuścimy tego miejsca” – opowiada nam jedna z mieszkanek miasta. Dla nich to życie codzienne, niepewność jutra, smutna podświadomość, że posiadają to miejsce już tylko w teorii, że to gra w kotka i myszkę bliższa końcowi niż upragnionej wygranej. Są silni i w pewnym sensie pogodzeni z tym co się dzieje. Nam brakuje słów by wyrazić smutek i beznadzieję, jaka nas ogarnia widząc to, co się dzieje. I wdzięczność, że w tym momencie nasze dzieci mają spokojne życie. Bez strachu, że zostaną wyrzucone na bruk lub osierocone w każdej chwili.

Zawsze staram się nie być jednostronna. Dlatego przekażę w tym wpisie i to, co szczerze powiedział nam niejeden Palestyńczyk: to miejsce zostało skorumpowane. Palestyńczycy z biedy sprzedają swoje domy Saudyjczykom czy mieszkańcom Zjednoczonych Emiratów, bo okupanci utrudniają im życie m.in. poprzez ogromne podatki. Ci zaś łamią daną im obietnicę, że domy te nie trafią one do Izraelitów, i odprzedają je właśnie im za ogromne pieniądze. Owszem, bywa, że zostają wyrzuceni z swoich domów. Jednak nie zawsze. Wielokrotnie łamane są też pokojowe akta, w których określono w jakich dzielnicach wolno im się budować. Są miejsca które miały być typowo palestyńskie, jak Hebron. Nielegalnie wybudowano tam całe osiedla.20190102_162036Bycie przeszukiwanym przez armię na wjeździe i wyjeździe do kolejnych miast i meczetów było dziwnym przeżyciem. Trochę upierdliwym, trochę frustrującym. Trochę pokazującym nam, gdzie wg nich jest miejsce muzułmanów. Wobec nas jednak, turystów, nie pozwalali sobie na większe nadużycia. Jeszcze nie. Choć imamowie ostrzegali nas, by być ostrożnym przy np wygłupianiu się, jeśli któreś z nas popchnęłoby drugie w stronę żołnierza, ma on prawo, i zapewne by go użył, by strzelać. W rzekomej obronie własnej. „Ostatnia rzecz jaką chcemy tu widzieć to martwy turysta” było raczej mało zabawnym akcentem rozpoczęcia pieszej wycieczki. Lokalni mają jednak o wiele gorzej. Są specjalne ulice, drogi, autostrady, na które Palestyńczykom nie można wjeżdżać. Rozpoznawani są po tablicach rejestracyjnych. Wjechawszy na taką drogę, Palestyńczyk musi zatrzymać się na poboczu i nie wychodząc z samochodu czekać na patrol policyjny. Wyjście z samochodu równa się ryzyku postrzelenia. Takie są przepisy.

IMG_20190111_092116_231.jpgZaczęłam od strony politycznej, bo choć polityki nigdy nie lubiłam i nie polubię, tak a nie inaczej traktowano nas ze względów politycznych właśnie i zapewne miało to spore odbicie na naszych wrażeniach z pobytu w Palestynie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do wojny wiszącej w powietrzu. Niemniej było warto, było wspaniale i, in szaa Allaah, pojedziemy jeszcze nieraz. Zachęcam do śledzenia kolejnych wpisów obejmujących kolejne aspekty naszej podróży i bardzo gorąco zachęcam wszystkich, a w szczególności muzułmanów, do odwiedzenia al Aqsy. To miejsce i ci ludzie są nie z tej ziemi. Piękne, wzruszające przeżycie. Ale o tym w kolejnych wpisach. Jak ochłonę, odeśpię i uporządkuję myśli.

IMG_20190110_152121_215.jpg

Przyjaciółce, z drugiej strony lustra

animals-2107902_640

Gdzieś poza betonowymi murami klatki, w której się teraz znajdujesz, świeci słońce. Jest tam zgiełk letniego dnia, soczysta zieleń natury i błękit nieba kpiący z fotofiltrów.  Ptaki ćwierkają w oddali, przytłumione szumem spokojnych rozmów. Jest tam beztroska, dziecięcy śmiech i ogromne lustro, którego ramę ozdobiono kwiatami róży. W lustrze tym widzisz jednak swoje odbicie nieco inaczej niż do tego przywykłaś. Zamiast zmarszczek widnieje zatem serdeczność, nie dostrzegasz siwych włosów, a ciepło niewinnej osoby, kilogramy, których tak nie znosisz, przekładają się na nieskończone pokłady wsparcia. W lustrze tym nie dostrzegasz wszystkiego, czym nie jesteś, wręcz odwrotnie. Przeglądając się zauważasz, że to nie naiwność kazała Ci wierzyć w swoje zawsze dobre i zawsze źle odbierane chęci. One tam są, widzisz je doskonale. Jest też współczucie, chęć pomocy, serce tak ogromne, że aż dziwnym jest, jakim sposobem zmieściło się w klatce piersiowej. Lubisz siebie w tym lustrze. Być może inni nie widzą Cię w ten sposób, nie zmienia to jednak faktu, że taka właśnie jesteś. Piękna. Bo piękno bez duszy jest puste, płytkie i nijakie. Twoje zaś… Tylko popatrz. Piękno promieniujące od środka. Tyle miłości i poświęcenia w tak delikatnej istocie. Niczym porcelana, którą tak łatwo jest stłuc, piękna i krucha zarazem. Jesteś cenna, warta poświęceń i najgorętszej z miłości. W tym świecie widzisz swoją cenę jak na dłoni. Nie tęsknisz za niespełnionymi marzeniami, cisza oznacza spokój, nie samotność. Poza betonowymi murami klatki, w której się znalazłaś, istnieje piękna rzeczywistość.

Nie pytaj, gdzie ją znaleźć. Jeden jedyny raz spójrz wgłąb siebie, poza mury słów, które wypowiedziano tylko po to, by Cię skrzywdzić. To Ty zbudowałaś klatkę w swojej głowie. Wyobraź sobie, że jej tam nie ma. Co widzisz? Jaka jesteś? Czy dostrzegasz swoje piękno? Ten świat jest dla Ciebie na wyciągnięcie ręki. On jest wewnątrz Twojej duszy. Kiedy raz zajrzysz tam z szczerością i bez wyrzutów skierowanych przeciwko samej sobie, już nigdy nie pozwolisz nikomu zbudować muru na fundamentach ich własnych niepowodzeń.
Jesteś piękną duszą, kochającą szczerze i do bólu, dającą z siebie zawsze sto procent. Spójrz na siebie taką, jaką ukształtowało Cię życie. Patrz poza oczekiwania pustych magazynów dla płytkich ludzi.
Jesteś księgą doświadczeń, oceanem uczuć. Namiastką doskonałości  wszechświata. Pokochaj siebie w pierwszej kolejności, bo to właśnie Ty potrzebujesz siebie najbardziej. Porzuć klatkę, fruń… aż dotrzesz na drugą stronę lustra. Ono istnieje. W Tobie.

Powroty

20181027_220056Powroty w miejsca setek bolesnych wspomnień potrafią być terapeutyczne. Tak jak i ból. Niczym pokaz slajdów przez umysł przewijają się setki sytuacji. Wystarczy nazwa okolicy, w której się mieszkało, wyświetlona jako punkt docelowy autobusu. Umysł przypomina o zieleni angielskich wzgórz, gorącym lecie, pierwszych chwilach z jeszcze zdrowym dzieckiem, naiwną i nieskopaną życiem mnie. Z każdym kolejnym dobrze znanym budynkiem, każdą ulicą, każdym krokiem postawionym na zimnym bruku czy wreszcie z każdą znajomą mijaną twarzą, powracają kolejne wspomnienia. Jedne to plany i marzenia, których nie udało się zrealizować. Niektóre to skarby, które się utraciło. Inne to obawy, że pióro życia zamknie ten rozdział najboleśniejszą ze strat. Kilka prób zaistnienia, sukcesów, które dziś już nie mają dla mnie większego znaczenia, jednak głównie hektolitry krwi wyłkane tu przez moje serce. Ci różni ludzie, których tu znałam, na innych etapach mojego życia i innych etapach mnie. To miejsce tak bardzo mnie zmieniło łamiąc wiele razy pod rząd. Wszystko zaś przez tylko i wyłącznie jeden zły, nieprzemyślany wybór. Jedno serce oddane w najgorsze z rąk spowodowało, że seria niefortunnych zdarzeń pociągnęła za sobą kolejne porażki. Każda z nich bolała inaczej, osobno. Dziś powróciły do mnie wszystkie razem, choć pogodzona z nimi nie czułam w tej kumulacji już nic. Mijałam nieświadome niczego twarze już tylko niewidzialna i nawet nie miałam ochoty rozmawiać. Snując się między nimi a latami wspomnień, obserwowałam mój czas spędzony tutaj stojąc z boku. Ból, który łagodzi ból, przynosi ukojenie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to pojmę. Sam na sam z myślami, tam, gdzie straciło się wszystko. Terapeutyczne powroty.

Harira – indyjski niby rosół

Harira to zupa, która kojarzy mi się głównie z Marokiem. Wersja z Indii przypomina bardziej rosół z dodatkiem wszystkiego, mimo to efekt ostateczny wyszedł całkiem smacznie.

IMG_20181016_094332_760

Potrzeba: 250g kurczaka, pół kubka posiekanego zielska tj zielonej cebulki, mięty, kolendry i natki pietruszki, łyżeczka ziaren pieprzu i suszonych czerwonych chilli, 2 łyżki oleju i masła, 1/4 kubka ryżu, 1/2 kubka makaronu, 3 jajka, kubek ciecierczycy, 2 łyżki soli i pasty czosnkowo-imbirowej, pół kubka posiekanej cebuli, pół łyżki cynamonu i ziaren kuminu, łyżkę mąki z cieciorki.

20181016_094139

1. Kurczaka podsmażamy na oleju i maśle w cebuli, pieprzu, chilli, soli, paście czosnkowo-imbirowej, cynamonie i ziarnach kuminu. Kiedy dno garnka będzie względnie suche wlewamy wodę i gotujemy aż mięso będzie odchodziło od kości.

2. Dodajemy ryż, ugotowaną ciecierczycę i makaron i gotujemy na małym ogniu. Na boku podsmażamy łyżkę mąki z cieciorki w pół łyżki masła i dodajemy pół kubka wody gotując i mieszając do wyzbycia się grudek. Dodajemy do garnka z zupą. Ubijamy jajka i wlewamy powolutku do zupy tworząc z nich duże paski na kształt makaronu.

3. Dodajemy wszelkie zielsko i gotujemy przez kilka minut.

Przepis pochodzi z książki „Indian Delights” Zuleikhi Mayat

Sznur letnich wspomnień

Polana, którą odwiedzaliśmy z synem regularnie przez całe lato, niespodziewanie postanowiła przekwitnąć. Okazało się zatem, że towarzystwo żółtych kwiatów zastąpiło nagle białe dziwactwo. To samo, które we wrześniu 2011 roku fotografowałam w War Memorial Parku w Coventry. Roślina, która pociągnęła za sobą sznur (nie tylko) letnich wspomnień…

20180913_075738.jpg

2011

IMG_20180912_163449_555.jpg2018

W pewnym sensie to porównanie oddaje sytuacje, w których byłam i jestem teraz. Rzeczywistość w odcieniach szarości reprezentuje niemal martwy punkt, w którym się wtedy znajdowałam, nie do końca zdając sobie z tego sprawę: niepewność, brak stabilności, brak marzeń (!), jeden cel: jakoś przetrwać i nie wracać do tego życia, które zostawiłam w Polsce. Obecnie życie ma o wiele więcej kolorów, zmieniła się zatem perspektywa. Żyję wolniej i w zgodzie z samą sobą. Dobrze mi z tym, co mam. Co nie zmienia faktu, że wciąż lubię czarnobiałe zdjęcia. Może jednak częściej pozwalam sobie doceniać barwy codzienności niż na siłę je z nich obdzierać. A może zwyczajnie zbyt długo tu mieszkam by nie doceniać słońca. Wróciłam niedawno do fotografii po bardzo długim czasie. Przemyślawszy sobie na spokojnie ilość wydarzeń przez te lata dochodzę do wniosku, że mogłabym nimi obdarować conajmniej kilka innych żywotów… To już chyba jednak „przywilej” osób, które żyją intensywnie. Oto zaś tegoroczny sznur letnich wspomnień:

IMG_20180810_173222_785.jpgIMG_20180820_130536_57120180913_08053120180901_151329.jpg20180913_080152.jpg20180913_080302.jpg20180803_143848.jpgIMG_20180902_134517_549.jpgIMG_20180808_174329_807.jpgIMG_20180808_173628_043.jpgIMG_20180804_210025_441.jpgIMG_20180806_142549_324.jpgIMG_20180804_205314_824.jpg

4 września (II)

IMG_20180821_163343_847Tego dnia, poraz pierwszy od lat, słońce postanowiło jeszcze nam  potowarzyszyć, choć chłodne jesienne powietrze wdzierało się już wieczorami do przytulnego zakątka pod numerem trzynaście. Otulając jeszcze przez moment ciepłem swych promieni oprowadziło nas po miejscach, w których trzeba było się zjawić, stanowiąc solidne oparcie i tak już dobrego samopoczucia. Nie potrafię smucić się w słoneczny dzień.

Tego dnia również poraz pierwszy od lat nie rozpaczałam, że rozpoczyna się rok szkolny, z radością zaprowadzając znudzonego życiem Młodocianego na kilka godzin do przedszkola. Z rozkoszą dałam się porwać znanej już rutynie, powitałam ją z uśmiechem. Tego dnia, zamiast nostalgii, powróciły wspomnienia, uśmiech i lekkość ducha. Minął rok, odkąd cegiełka po cegiełce zaczęliśmy odbudowywać gruzy mojej rzeczywistości. Rok, w którym wiele się wydarzyło, jeszcze więcej zakorzeniło i ostatecznie część spraw obrała pozytywny obrót.

Tego dnia refleksje nie chciały mnie opuścić, mając zaś nieoficjalny wgląd do obecnego biegu mojego dawnego życia nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ominęło mnie wiele złego. Dużo się nauczyłam przez ten czas, poraz kolejny już o sobie samej, o innych. Nabrałam jeszcze więcej dystansu do przemijających problemów. Tego dnia odkryłam, że tak naprawdę jest dobrze, choć nie zawsze jest idealnie. Tym dniem był czwarty września.